Blogowa rubryka Grześka Polończyka

Wpisy

  • niedziela, 18 stycznia 2009
    • Barca czaruje i nikt jej nie dorównuje – podsumowanie pierwszej połowy sezonu 2008/2009

      czar

      To, co w obecnym czasie swoją postawą reprezentuje FC Barcelona wprawia w zachwyt nie tylko jej kibiców, ale także sympatyków innych hiszpańskich klubów i zapewne całą piłkarską Europę. O miażdżącej przewadze Blaugrany można by pisać wiele, ale ja postaram się możliwie najkrócej streścić to, co Barca "wyprawia" w ramach rozgrywek o Mistrzostwo Hiszpanii:

      Podopieczni Pepa Guardioli w dziewiętnastu spotkaniach zdobyli aż 59 bramek. Daje to średnią około 3,1 gola na mecz. Do siatki rywali trafiali:

      Nazwisko

      Liczba bramek

      Samuel Eto`o

      18

      Leo Messi

      12

      Henry

      11

      Xavi

      4

      Gudjohnsen

      3

      Seydou Keita

      3

      Dani Alves

      2

      Iniesta

      2

      Rafael Marquez

      1

      Yaya Toure

      1

      Bramki samobójcze

      2

      Ogółem

      59

      Powyższa tabela mówi sama.

      Jeżeli chodzi o liczbę bramek straconych, Duma Katalonii i w tym przypadku pozostawia swoich rywali daleko w tyle. W dziewiętnastu pojedynkach, Victor Valdes zaledwie trzynaście razy musiał wyjmować piłkę z siatki, co daje około 0,7 gola straconego na jedno spotkanie. Do tego należy dodać, iż tylko dwa zespoły (Betis Sewilla i Osasuna) zaaplikowały Blaugranie więcej niż jedno trafienie. (Oba teamy dwukrotnie doprowadziły katalońskiego bramkarza do kapitulacji).

      Złe miłego początki

      W meczu otwierającym sezon, klub z Katalonii mierzył się ze słabiutką Numancią, która jest beniaminkiem i dopiero raczkuje po pierwszoligowych boiskach. Piłkarze Barcy przegrali 0:1, a taki wynik, z takim rywalem sprawił, że już na samym początku kibice poczuli się lekko zaniepokojeni. Druga kolejka, to potyczka z Racingiem Santander i tylko remis.

      Potem było już tylko lepiej

      Na szczęście od trzeciej kolejki "machina się rozkręciła" i piłkarze Azulgrany zaczęli aplikować przeciwnikom nawet po sześć bramek w jednym spotkaniu. Dopiero kilka tygodni później, zwycięską passę Barcelony przerwało Getafe, które wywiozło z Camp Nou jeden cenny punkt. I to by było na tyle jeśli chodzi o małe potknięcia katalońskiego teamu. Resztę pojedynków, piłkarze Guardioli zakończyli zwycięstwem.

      Nie mam zamiaru przypominać wyników wszystkich spotkań, ale jak tu nie wspomnieć o wygranej z Realem Madryt 2:0, Sevillą 3:0, Valencią 4:0, Villarrealem 2:1, Atletico Madryt 6:1, czyli z klubami, które są najgroźniejszymi rywalami FC Barcelony. Blaugrana na dziewiętnaście spotkań wygrała szesnaście, dwa zakończyła podziałem punktów, raz trzeba było znieść gorycz porażki.

       

      Nie ma co zapeszać, popadać w huraoptymizm i już cieszyć się z Mistrzostwa Hiszpanii. Real Madryt rośnie w siłę, wyraźnie się odradza i piłkarze Dumy Katalonii będą musieli jeszcze dużo walczyć, żeby bezpiecznie utrzymywać przewagę nad najgroźniejszym rywalem. Wszystko jest jednak na dobrej drodze i z tego powinniśmy się teraz cieszyć. Hasło na drugą połowę sezonu: "robić swoje i nie oglądać się na innych". Wtedy "hiszpański film piłkarski" na pewno zakończy się po naszej myśli.

      Zacząłem słowami: "Barca czaruje i nikt jej nie dorównuje", a zakończę "La Liga, czyli nikt Barcy nie dościga". Oby tak dalej.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Barca czaruje i nikt jej nie dorównuje – podsumowanie pierwszej połowy sezonu 2008/2009”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      polonczyk.barca
      Czas publikacji:
      niedziela, 18 stycznia 2009 13:04
  • piątek, 09 stycznia 2009
    • Czy młody ptaszek może nauczyć dorosłego orła latać, czyli słów kilka o obecnej sytuacji w polskich skokach narciarskich

      Adaś

      Skoki narciarskie to dyscyplina sportu, która na stałe wpisała się w serca Polaków. Wiele osób w zimowe weekendy zasiada na parę godzin przed telewizorem tylko po to, aby obejrzeć zmagania najlepszych zawodników na świecie. Inni jeżdżą za swoimi ulubieńcami i trzymając w ręku narodową flagę zagrzewają ich do walki. Dlaczego zatem, ten sport jest tak bardzo w Polsce rozpowszechniony? Odpowiedź jest prosta: "Adam Małysz". Bardzo często skoczkowie z innych krajów powtarzają, że nigdzie nie ma tak wspaniałej atmosfery jak w Zakopanem, a wygrać na Wielkiej Krokwi to prawdziwy zaszczyt.

       

      Kilka słów o sukcesach Adama

       

      Nie będę się zbytnio rozpisywał o osiągnięciach Małysza, gdyż nie to jest głównym celem mojego artykułu, ale jest mi to potrzebne dla rozpoczęcia wątku, więc tylko pokrótce o nich przypomnę.

      "Orzeł z Wisły" w przeciągu kilku lat wywalczył m.in.: cztery kryształowe kule za zwycięstwo w generalnej klasyfikacji Pucharu Świata. Jest drugim (obok Matti Nykenena) skoczkiem w historii, który tego czynu dokonał. Trzy z tych kul zdobywał sezon po sezonie, czego Nekenenowi uczynić się nie udało. Małysz 38 razy stał na najwyższym stopniu podium w poszczególnych zawodach Pucharu Świata. Więcej tylko Nykenen. Fin wygrywał 46 razy. W sumie Polak na podium stał 74 razy i wyprzedza go tylko Janne Ahonen (105) oraz Nykenen (76). Adam jest czterokrotnym indywidualnym Mistrzem Świata oraz jednokrotnym wicemistrzem. Kolejne wielkie osiągnięcia, to srebrny i brązowy medal na zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Salt Lake City. Do tego dorzucił triumf w Turnieju Czterech Skoczni. Jako jedyny w historii trzy razy był najlepszym zawodnikiem turnieju Nordyckiego. Zdobył też Puchar KOP, czyli tzw. "mała kryształowa kula", którą otrzymuje skoczek, który w przeciągu całego sezonu zdobędzie najwięcej punktów na skoczniach mamucich Do tego trzy razy triumfował w ogólnej klasyfikacji Letniego Turnieju Grand  Prix. Na polskiej arenie tym bardziej nie ma sobie równych: jest dziewiętnastokrotnym zimowym Mistrzem Polski, natomiast w lecie wygrywał czternaście razy.

       

      Starałem się możliwie najkrócej napisać o osiągnięciach Polaka. Czy to mi się udało, czy też nie, nie wiem sam, ale z drugiej strony lepiej, gdy o sukcesach naszego wielkiego sportowca można by pisać i pisać.

       

      Przejdźmy jednak do sedna:

       

      Kiedy, po wspaniałych osiągnięciach, do których Adaś nas przyzwyczaił zaczęło coś się psuć, zwolniono trenera - Apoloniusza Tajnera.  Było to w 2004 roku. Od tego momentu zaczęto eksperymentować ze szkoleniowcami. Najpierw był Heinz Kuttin, ale ten nie potrafił przypomnieć Małyszowi o tym jaki jest wielki. Następcą Austriaka został Fin – Hannu Lepisto. On, lepiej niż Kuttin, współpracował ze swoim podopiecznym i Polak, pod jego wodzą, zdobył m.in.: złoty medal na MŚ w Sapporo i triumfował w generalnej klasyfikacji PŚ, Ale, gdy Małysz znowu zaczął lądować bliżej, po raz kolejny przyszedł czas na rotację na stanowisku trenera. Został nim "wielki fachowiec" - Łukasz Kruczek. Czy nie jest to sytuacja śmieszna, groteskowa? Moim zdaniem gorszego wyboru już dokonać nie można było. "Sukces-men od siedmiu boleści" jakim niewątpliwie jest Kruczek, ma przy swoim boku innego "wielkiego", bo posadę jego asystenta otrzymał Robert Mateja. Sorry, ale czy nie mamy tutaj do czynienia z jakąś totalną żenadą? Jak widać nasi pseudo szkoleniowcy  nie pomagają Małyszowi. Swoją drogą nie pomaga mu też sam Tajner, który teraz, gdy jest tak bardzo Adamowi potrzebny, przebywa na urlopie w Kambodży i Wietnamie i ma wszystko w…"głębokim poważaniu". A mógłby przecież choćby pogadać z Małyszem, poklepać go po ramieniu i powiedzieć: "zobaczysz chłopie, wszystko się ułoży. Jesteś wielki i jeszcze to udowodnisz, a ludzie i tak Cię kochają". Czy dzięki temu nasz najlepszy skoczek od razu odzyskałby dawną świeżość? Pewnie nie, ale wsparcie człowieka, z którym tak długo „Orzeł z Wisły” współpracował, by mu nie zaszkodziło. Jak widać Polo ma do tego inne podejście.

       

      Ale zostawmy Tajnera i wróćmy do obecnego "trenera wysokich lotów". Łukasz to osoba zaledwie rok starsza od Adama Małysza, osoba która nie większego doświadczenia w swoim fachu. Sukcesów sportowych również było "jak na lekarstwo". Największe jego osiągnięcia, to cztery złote i jeden brązowy medal Uniwersjady, czyli - jak sama nazwa wskazuje - zawodów akademickich. Kiedy w 2001 roku, ów turniej organizowało Zakopane, wybrałem się pod Wielką Krokiew, aby pooglądać zmagania skoczków. Polak wygrywając zawody, oddał dwa skoki w granicach 120 metrów (nie pamiętam dokładnie ile, bo kilka lat minęło, ale na pewno w tych granicach ) i zdobył pierwsze miejsce. Odległości te w Pucharze Świata przekładają się mniej więcej na miejsce w drugiej dziesiątce, a więc wszystko jasne. Oprócz niego w konkursie brali udział zawodnicy, o istnieniu których nie miałem zielonego pojęcia. Natomiast Mateja to pięciokrotny Mistrz Polski, co w porównaniu do Małysza, jest tylko kroplą w morzu.

       

      Nie chcę się tutaj nabijać z Łukasza i Roberta, bo zapewne z sercem podchodzą do tego co robią, ale czy dwójka dzieci, które co dopiero zaczęły "raczkować" mogą nauczyć zdrowego dorosłego faceta chodzić? Albo - jak pisałem w tytule - czy młody ptaszek może nauczyć dorosłego orła latać? Pytanie jest retoryczne, a odpowiedź brzmi oczywiście "NIE". Ja osobiście widzę ich w nieco innej roli. Mogliby np.: czyścić Adamowi narty albo przynosić kartki, gdy ten rozdaje autografy. Kiedy podczas ostatnich zawodów w Innsbrucku, nasz najlepszy skoczek poleciał na odległość 120,5 metra, na twarzy Kruczka widać było wielką ulgę. A Adam zajął wtedy  dopiero 15 pozycję. Mówi się też, iż inni polscy zawodnicy zaczynają robić postępy, bo Kamil Stoch w Innsbrucku  i Biszofschofen awansował do 30-stki. Niedawno oglądałem w telewizji wywiad z obecnym psychologiem polskich skoczków. Kiedy dziennikarz zadał mu pytanie co dalej zamierzają robić, ten powiedział, że to Kruczek podejmuje najważniejsze decyzje i od niego tu najwięcej zależy… PARANOJA, PARANOJA i jeszcze raz PARANOJA!!!

       

      Jeżeli Adaś wróci do formy, to w moim przekonaniu, nie będzie to zasługa Łukasza, tylko jego samego. Pamiętam jak po Mistrzostwach Świata w Val di Fiemme, gdzie Małysz zdobył dwa złote medale, w następnych konkursach na trybunach można było dojrzeć wielkie polskie flagi z napisem: "KING IS BACK". Czy taką flagę jeszcze kiedyś zobaczymy? Osobiście w to wierzę, bo wiem ile Adam może zdziałać, ale w Kruczka i Mateję jakoś uwierzyć nie potrafię…

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Czy młody ptaszek może nauczyć dorosłego orła latać, czyli słów kilka o obecnej sytuacji w polskich skokach narciarskich”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      polonczyk.barca
      Czas publikacji:
      piątek, 09 stycznia 2009 14:35