Blogowa rubryka Grześka Polończyka

Wpisy

  • niedziela, 31 stycznia 2010
    • Ale są jaja z tymi skokami

      W dniach 30-31 stycznia, na mamuciej skoczni w Oberstdorfie, odbyły się dwa konkursy skoków narciarskich, podczas których po raz pierwszy (w zawodach zimowych) testowano nowy system oceniania. Oprócz odległości i stylu brano pod uwagę siłę wiatru oraz długość rozbiegu.

      Do tej pory tegoż systemu próbowano jedynie podczas letnich Grand-Prix, a więc zawodów, które nie cieszą się taką popularnością jak te rozgrywane w zimie i tak naprawdę bardziej w wyobraźni mogliśmy sobie próbować przeliczać jakby to wyszło "w praniu".

      W sobotę 30 stycznia najbardziej godnym uwagi był bardzo bliski skok Gregora Schlierenzauera. Dwudziestoletni Austriak, który ostatnio wygrywa wszystko co można, oddał poleciał jedynie na odległość 169,5 metra.  Dla porównania choćby nasz Adaś  osiągnął 202,5 metra. Gregor skakał jednak z najkrótszego rozbiegu ze wszystkich pozostałych zawodników. Wydarzenie to bardzo rozzłościło samego skocznia jak i trenera austriackiej kadry Alexander Pointner.

      Pierwszą serię niedzielnego konkursu rozpoczęto z belki numer 23. Wiatr był pod narty, więc zawodnicy otrzymywali ujemne punkty. W miarę jak skakali coraz lepsi, rozbieg skracano rekompensując to dodatnimi punktami. Zmian naliczyłem pięć. Po pierwszej zawodnik otrzymywał +6,9 punktów, a po kolejnych odpowiednio +17,4; +21; +28,1. Ostatniej liczby dodatnich punktów… nie pamiętam. I to chyba pierwszy minus tego systemu. Po prostu człowiek zaczyna się gubić. Ostatecznie pierwszą serię ukończono na belce 15. Warto tutaj zaznaczyć, że z takiej samej wysokości skakał Adam Małysz oraz Gregor Schlierenzauer. "Orzeł z Wisły" skoczył 206,5m, a Austriak 9,5 metra bliżej. Gdyby na siłę szukać plusów manipulowania długością rozbiegu, można by powiedzieć, że pierwsza seria została rozegrana w miarę szybko. Pierwsi zawodnicy skakali daleko, więc prawdopodobnie, w którymś momencie trzeba by było przerwać pierwszą serię i rozpoczynać od nowa całą zabawę. Inny mógłby jednak powiedzieć, że gdyby organizatorzy musieli puszczać wszystkich z tej samej belki, konkurs zostałby rozpoczęty z niższego rozbiegu. I pewnie miałby rację. Dodatnim aspektem było też skrócenie rozbiegu przed skokiem Johana Remena Evensena, bowiem Norweg poleciał aż na odległość 217,5 metra. Ale z kolei Sklett Vegard-Haukoe, który skakał na początku, osiągając 210 metrów ukończył pierwszą serię na 17 pozycji, a np. Michael Uhrmann, który skakał później, po tym jak wylądował na 186,5 metra, ostatecznie zajął 9 miejsce. Trochę to wszystko głupie.

      W drugiej serii nie było już tyle manipulacji. Zawodnicy rozpoczęli z beli 19, a dla ostatniej "10" rozbieg skrócono o dwa oczka, a zawodnicy otrzymywali +7,2 punktów na wstępie. Po raz kolejny lepiej od Schlierenzauera zaprezentował się Adam Małysz.

      Najgorsze dla tego całego widowiska było to, że kibice zgromadzeni zarówno pod skocznią oraz przed telewizorami byli zdezorientowani. Wychodzi bowiem na to, że odległość w skokach narciarskich jest jedną z mniej ważnych rzeczy. Chyba nikt z nas, nawet światowej klasy matematyk, nie jest w stanie w momencie przeliczyć punktów za wiatr, belkę, podstawić te wszystkie (ciągle się zmieniające) wartości do jakiegoś wzoru i powiedzieć: "tak teraz on będzie prowadził" Można to było dostrzec słuchając chociażby komentatora. Na Małysza chyba ta cała zabawa nie wpłynęła. Regularnie zajmuje miejsce w pierwszej "10". Dzisiaj ukończył na miejscu szóstym.

      Bardzo ważnym jest jednak jeszcze jeden fakt. Czy ten konkurs nie odbije się czkawką Schlierenzauerowi? Czy po tym jak „spalił” sobotni skok nie straci wiary w siebie? Bardzo podobna sytuacja miała miejsce w roku 2003. Przed Mistrzostwami Świata w Val Di Fiemme. Wcześniej wszystko wygrywał Sven Hannawald i był murowanym faworytem do złotych medali. Jeden nieudany skok w poprzedzającym mistrzostwa konkursie w Villingen i wszystko się posypało. A dwa złote medale zdobył nasz kochany Adaś. Sytuacja jest trochę podobna. Zbliżają się Igrzyska Olimpijskie. Schlierenzauerowi źle nie życzę, ale najwyższy stopień podium byłby spełnieniem marzeń Adama i wszystkich nas, którzy zawsze mocno ściskamy za niego kciuki.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      polonczyk.barca
      Czas publikacji:
      niedziela, 31 stycznia 2010 20:32
  • czwartek, 28 stycznia 2010
    • (nie)Udana zemsta Teveza

      Tevez

      Transfery piłkarzy, którzy zmieniając barwy klubowe przechodzą do najbardziej znienawidzonego rywala, zawsze odbijają się szerokim echem. Od sezonu 2007/08 w Manchesterze United przebywał na dwuletnim wypożyczeniu Carlos Tevez. Charyzmatyczny Argentyńczyk, którego znakiem szczególnym są charakterystyczne blizny na szyi, szybko zjednał sobie kibiców na Old Trafford. Piłkarz założył chyba, że Sir Alex Ferguson będzie chciał przedłużyć z nim kontrakt i w swoich wywiadach często wspominał, że klub, w którym by nigdy nie grał to Manchester City. Życie napisało jednak nieco inny scenariusz, gdyż trener United pozostawił Argentyńczyka "na lodzie".

      Natomiast Manchester City został wykupiony przez jednego z arabskich szejków, który to wydał na wzmocnienia bagatela 125 milionów funtów. Carlos Tevez skuszony dużymi pieniędzmi i zapewne podrażnioną dumą zdecydował się, iż jednak zagra w Manchesterze City.

      W obecnym sezonie zdarzyło się tak, iż Pucharze Anglii naprzeciw siebie stanęły dwie ekipy z Manchesteru. Tevezowi szczególnie zależało więc, żeby utrzeć nosa Fergusonowi. Czy mu się to udało? "Czerwone Diabły" pokonały co prawda ekipę City 4:3 w dwumeczu, ale wszystkie bramki dla podopiecznych  Roberto Manciniego zdobył właśnie Argentyńczyk. Oprócz tego miał jeszcze kilka bardzo dobrych okazji i był zdecydowanie wyróżniającą się postacią w obu spotkaniach. A zatem chyba jednak osiągnął swój cel.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      polonczyk.barca
      Czas publikacji:
      czwartek, 28 stycznia 2010 16:29
  • wtorek, 26 stycznia 2010
    • Piłkarski morderca zabił po raz drugi. Czy dostanie dożywocie?

      axel

      Axel Witsel to piłkarz, którego kojarzy większość (w szczególności polskich) kibiców piłki nożnej. Kojarzy od tej ciemnej futbolowej strony, gdyż 30.08.2009 roku podczas meczu ligi belgijskiej pomiędzy Standardem Liège a  Anderlechtem Bruksela brutalnym, chamskim, a co gorsza wydaje się celowym faulem, koszmarnie załamał nogę Marcinowi Wasilewskiemu

      Jak widać noga pomiędzy kolanem a kostką złożyła się w pół. Chyba nikt nie potrafi sobie wyobrazić bólu z jakim musiał się zmierzyć Wasilewski. Skoro przypadkowe, lekkie uderzenie w kość piszczelową jest naprawdę bolesne to cóż musiał odczuwać Polak? Witsel został ostatecznie zawieszony na osiem spotkań i grzywną w wysokości… 250 Euro. Nie jest tajemnicą, że piłkarze zarabiają naprawdę duże pieniądze, więc zapłacenie dla niego około 1000 złotych to prawdziwy "śmiech na sali". W miesiącu odbywa się około czterech spotkań, więc Witsel nie grał zaledwie przez dwa miesiące. A "Wasyl"? Jego rehabilitacja będzie trwała jeszcze wiele miesięcy, a i powrót do piłki stoi pod dużym znakiem zapytania.

      Rewanżowe spotkanie pomiędzy Standardem a  Anderlechtem miało miejsce 14.01.2010r. Przed meczem pojawiło się sporo dyskusji o tym, czy Witsel powinien zagrać. Belg jednak wystąpił i… znowu o mało nie doszło do tragedii. Tym razem jego ofiarą padł Roland Juhász. Witsel zaatakował go wyprostowaną nogą i tylko trochę szczęścia sprawiło, że skończyło się na bólu i rozciętym kolanie:

      Co teraz będzie Witselem? Może wreszcie ktoś się zastanowi i dożywotnio zdyskwalifikuje tego bandytę. Po tym jak Wasilewski doznał złamania nogi, jeden z zawodników Standardu powiedział, iż chętnie oddałby mistrzostwo Anderlechtowi byleby tylko Marcin wrócił do futbolu. Zawodnik skrytykował mocno swojego klubowego kolegę i stwierdził, że najważniejsze jest zdrowie. Cóż, nie sposób się nie zgodzić. Wasilewskiemu będzie trudno wrócić do futbolu jeszcze z jednego powodu. Występuje on na pozycji obrońcy i jego głównym zadaniem na boisku jest zabieranie rywalom piłki spod nóg. Napastnik czy pomocnik ma łatwiej. Ci pierwsi mają strzelać gole, a ci drudzy podawać im piłkę.

      My wszyscy trzymamy jednak kciuki za Wasyla. Oby wrócił na boisko i oby Witsel na stadionie mógł wtedy zajmować jedynie miejsce na trybunach.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      polonczyk.barca
      Czas publikacji:
      wtorek, 26 stycznia 2010 18:13
  • wtorek, 19 stycznia 2010
    • Cieniutka linia pomiędzy miłością, a skrajną krytyką, czyli słów kilka o sytuacji Ibrahimovicia w Barcelonie

      Ibra

      Zlatan Ibrahimović to jeden z takich piłkarzy, który nie tylko potrafi świetnie grać w piłkę, ale również, dzięki swej wspaniałej technice, dostarczyć kibicom dodatkowych, wspaniałych emocji. Nie każdy pewnie wie, że trenował on przez wiele lat  taekwondo i w tej właśnie sztuce walki dorobił się czarnego pasa. Zapewne fakt ten pomaga mu w wykonywaniu wielu ekwilibrystycznych trików. Ma wprost niespotykaną jak na swój wysoki wzrost technikę. Szczególnie w lidze hiszpańskiej, gdzie oprócz mistrzostwa liczy się również piękno prezentowanej gry, taki zawodnik to prawdziwy skarb.

      Ale do rzeczy. Kiedy Zlatan przechodził z Interu do Barcelony, wielu się z tego cieszyło, ale nie brakowało również sceptyków, którzy twierdzili, że kupno tegoż zawodnika oraz oddanie Eto`o w rozliczeniu to prawdziwa pomyłka. Niemniej jednak Zlatan już od początku swoich występów w Barcelonie zaczął zdobywać bramki. Na ten moment (stan na 19.01.2010) ma ich jedenaście w rozgrywkach ligowych i po jednej w Lidze Mistrzów oraz Copa del Rey. To wynik całkiem niezły jak na debiutanta w Primera Division, gdyż liga włoska, a liga hiszpańska różnią się ze sobą i to sporo. Oprócz tego, że popularny "Ibracadabra", jak zaczęto nazywać Szweda, strzelał dużo goli to jeszcze przy wielu innych asystował, a fakt taki jest dosyć rzadki zważając na to, że Ibrahimović jest „klasyczną 9”, czyli najbardziej wysuniętym napastnikiem. Można by jeszcze wspomnieć, że jego asysty są nieprzeciętnej urody, ale to już zostawmy.

      Szczyt uwielbienia Ibrahimovicia przypadł na dzień 29.11.2009. Odbywał się wtedy mecz z największym rywalem, czyli Realem Madryt. Smaczku dodawał fakt, że spotkanie odbyło się dokładnie w 110 rocznicę powstania FC Barcelony. Mecz zakończył się wynikiem 1:0 dla Dumy Katalonii, a gola na wagę zwycięstwa zdobył… oczywiście Ibrahimović. Tą akcję chciałoby się oglądać wielokrotnie: (przynajmniej ja tak mam)

      Zlatan Ibrahimović to jeden z takich piłkarzy, który nie tylko potrafi świetnie grać w piłkę, ale również, dzięki swej wspaniałej technice, dostarczyć kibicom dodatkowych, wspaniałych emocji. Nie każdy pewnie wie, że trenował on przez wiele lat  taekwondo i w tej właśnie sztuce walki dorobił się czarnego pasa. Zapewne fakt ten pomaga mu w wykonywaniu wielu ekwilibrystycznych trików. Ma wprost niespotykaną jak na swój wysoki wzrost technikę. Szczególnie w lidze hiszpańskiej, gdzie oprócz mistrzostwa liczy się również piękno prezentowanej gry, taki zawodnik to prawdziwy skarb.

      Ale do rzeczy. Kiedy Zlatan przechodził z Interu do Barcelony, wielu się z tego cieszyło, ale nie brakowało również sceptyków, którzy twierdzili, że kupno tegoż zawodnika oraz oddanie Eto`o w rozliczeniu to prawdziwa pomyłka. Niemniej jednak Zlatan już od początku swoich występów w Barcelonie zaczął zdobywać bramki. Na ten moment (stan na 19.01.2010) ma ich jedenaście w rozgrywkach ligowych i po jednej w Lidze Mistrzów oraz Copa del Rey. To wynik całkiem niezły jak na debiutanta w Primera Division, gdyż liga włoska, a liga hiszpańska różnią się ze sobą i to sporo. Oprócz tego, że popularny "Ibracadabra", jak zaczęto nazywać Szweda, strzelał dużo goli to jeszcze przy wielu innych asystował, a fakt taki jest dosyć rzadki zważając na to, że Ibrahimović jest „klasyczną 9”, czyli najbardziej wysuniętym napastnikiem. Można by jeszcze wspomnieć, że jego asysty są nieprzeciętnej urody, ale to już zostawmy.

      Szczyt uwielbienia Ibrahimovicia przypadł na dzień 29.11.2009. Odbywał się wtedy mecz z największym rywalem, czyli Realem Madryt. Smaczku dodawał fakt, że spotkanie odbyło się dokładnie w 110 rocznicę powstania FC Barcelony. Mecz zakończył się wynikiem 1:0 dla Dumy Katalonii, a gola na wagę zwycięstwa zdobył… oczywiście Ibrahimović. Tą akcję chciałoby się oglądać wielokrotnie: (przynajmniej ja tak mam)

      Ibrahimović czasem nawet faulując pokazywał swoje nieprzeciętne wręcz walory i doskonałe techniczne przygotowanie:

      Ale ostatnio Zlatanowi nieco popsuł się celownik. Dodatkowo Szwed przysporzył sobie sporo przeciwników (tu zresztą należy im przyznać trochę racji), gdy brutalnie sfaulował jednego z piłkarzy Villarreeal

      Ale ostatnio Zlatanowi nieco popsuł się celownik. Dodatkowo Szwed przysporzył sobie sporo przeciwników (tu zresztą należy im przyznać trochę racji), gdy brutalnie sfaulował jednego z piłkarzy Villarreal. Należy jednak dodać, że wcześniej ciągle był kopany po kostkach, ale sędzia jakoś tego nie zauważał. No niestety, puściły mu nerwy i bądź co bądź to zachowanie należy ostro skrytykować.

      Niezrozumiała jest jednak dla mnie postawa kibiców, którzy po paru nieudanych meczach Zlatana już piszą, że nie trzeba go było kupować w zamian za Eto`o, gdyż nigdy nie dorówna Kameruńczykowi. Mało tego nie dorośnie mu nawet do pięt (takie komentarze też czytałem).

      Eto`o również marnował wiele 100% sytuacji, a gdy Zlatan nie trafił w ostatnim meczu do pustej bramki, gdyż się potknął to już wielkie halo się zrobiło. To nie robot tylko człowiek. Samuel Eto`o zdobył w Serie A osiem bramek w 16 meczach, a Ibrahimović ma ich już 11. W lidze hiszpańskiej więcej bramek zaliczył tylko Messi (notabene najlepszy piłkarz świata) i David Villa, który od początku piłkarskiej karier gra w Hiszpanii, a w Valencii (swoim obecnym klubie) od 2005 roku. Jak wspomniałem Messi również marnuje wiele "setek", które nierzadko wypracowuje mu właśnie Zlatan.

      Krótko mówiąc ja tam jestem z Ibrahimovciem i trzymam mocno kciuki za niego. Jestem niemal pewien, że już niedługo znowu zacznie strzelać, a ci co teraz tak niemiłosiernie go krytykują będą mówić, że jest piłkarskim Bogiem. No, ale cóż w życiu też bywa podobnie…

      Visca el Barca

      Visca el Ibra.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Cieniutka linia pomiędzy miłością, a skrajną krytyką, czyli słów kilka o sytuacji Ibrahimovicia w Barcelonie”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      polonczyk.barca
      Czas publikacji:
      wtorek, 19 stycznia 2010 22:46