Blogowa rubryka Grześka Polończyka

Wpisy

  • piątek, 10 lipca 2009
    • Nastały REALne czasy antyfutbolu

      ronaldo

      Co łączy takich zawodników jak: Luis "Judasz" Figo, Zinedine Zidane, Kaka, i Cristiano Ronaldo? Oczywiście wszyscy grają (lub grali) w Realu Madryt, a transfer każdego z nich przekroczył 50 milionów Euro.

      Ostatnio wiele mówi się o krytykowaniu polityki Realu Madryt. Weźmy np. takiego Cristiano Ronaldo. Najdroższy zawodnik w historii futbolu kosztował "Królewskich" aż 94 miliony Euro. Ktoś mógłby powiedzieć, że ich kasa, więc mogą robić co im się podoba i to z grubsza byłaby racja. Jednak kasa tak naprawdę nie jest ich, gdyż, żeby kupić Kakę i Ronaldo trzeba było zaciągać olbrzymie kredyty. W dobie kryzysu takie pożyczki przez banki wydają się co najmniej nie na miejscu. Odnieśli się do tego nawet hiszpańscy politycy, którzy mówili, iż małemu przedsiębiorstwu bardzo trudno jest otrzymać kredyt, natomiast stołeczny klub nie miał z tym najmniejszych problemów.

      Wystarczy troszkę poczytać, aby stwierdzić, iż hiszpańska gospodarka przeżywa prawdziwy kryzys. Gazeta Wyborcza pisze, iż w lipcu 2008 roku bezrobocie dosięgło 2,43 miliona ludzi, co było wartością o 450 tysięcy większą niż rok wcześniej. Dodatkowo ciągle rosnąca inflacja, również powoduje coraz to większe problemy.

      Skończmy jednak z gospodarką i przejdźmy do wspomnianego wcześniej antyfutbolu. Przyszedł taki Kaka za 67 milionów Euro. To jest kwota bardzo duża. Luis "Judasz" Figo kosztował kilka lat temu Real 56 milionów, a Zidane 65.

      Najbardziej irytuje mnie jednak sprawa Cristiano Ronaldo. Moim zdaniem jest to piłkarz fałszywy. Kiedy rok temu miał przechodzić do Realu, ale negocjacje się nie powiodły mówił do kibiców ManU: „przepraszam Was, zwątpiłem, miałem chwilę słabości, ale to tutaj (czyt. na Old Trafford) jest mój dom”. Teraz na prezentacji na Bernabeu jeszcze dobrze piłki nie kopnął, a już całuje herb Realu mówią, że to zawsze było jego marzenie.

      Klubową miłość można było dobrze zauważyć, kiedy Messi w sezonie 06/07 po trzech bramkach strzelonych "Królewskim" ucałował Herb FC Barcelony.Politykę transferową „Los Blancos” krytykują nawet Platini oraz Pele.

      Podsumowując: REALne czasy antyfutbolu zbliżają się wielkimi krokami. Mówisz "REAL" myślisz: "kasiora antyfutbol". I nie tylko chodzi tutaj o wielkie pieniądze. Każdy na pewno pamięta jak Pepe (piłkarz Realu) kopał leżącego zawodnika Getafe, za co zawiesili go jedynie na 10 spotkań. A więc nawet zasada "leżącego się nie kopie" jest mu obca. W finale Ligi Mistrzów pomiędzy ManU i Barceloną, CR7 się nie spisywał, więc uderzył z całej siły piłkę w stronę ławki rezerwowych Barcelony.

      Porównajmy teraz Barcelonę. Jak to mówią: "Real kupuje, Barca wychowuje. Tutaj futbol opiera się głównie na wychowankach. Taki: Xavi, Iniesta, Puyol, Messi to nie tylko Profesorzy futbolu, ale także ludzie o wielkim sercu. Każdy kibic pamięta półfinał Ligi Mistrzów pomiędzy Dumą Katalonii, a Chelsea. Iniesta strzelił wtedy, w ostatnich sekundach meczu, cudownego gola, który zapisze się w historii futbolu. Buty z tego spotkania oddał na aukcję walcząc o zdrowie małego dziecka chorego na porażenie mózgowe… Szkoda słów, nie tylko wspaniały piłkarz, ale również człowiek o wielkim sercu. I tym właśnie różni się Real od Barcy. Barca to "Więcej niż Klub", nawet na koszulkach nie mają reklam, które dawałyby im korzyści finanosowe. Wręcz przeciwnie, na Trykotach znajduje się ligo UNICEF, a klub jeszcze do tego dopłaca. Real to bardziej firma zarabiająca ogromne pieniądze, a piłka zajmuje dalszą pozycję.

      Czekam z niecirpliwością na Gran Derbi.

      Visca el BARCA.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Nastały REALne czasy antyfutbolu ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      polonczyk.barca
      Czas publikacji:
      piątek, 10 lipca 2009 16:05
  • środa, 25 marca 2009
  • czwartek, 05 lutego 2009
    • Reiss i jego do aresztu rejs

      Reksio

      Mówisz: "Lech Poznań" - myślisz: "Piotr Reiss", mówisz: "ulubieniec kibiców" - myślisz: "Piotr Reiss", mówisz: "współczesna klubowa ikona" - myślisz: "Piotr Reiss", mówisz: "ponad trzysta spotkań w polskiej lidze i ponad sto bramek" - myślisz: "Piotr Reiss". To kilka słów, które oddają jak wielką postacią dla kibiców z Poznania jest popularny „Reksio”.

      Ale polska liga piłkarska ma pewną charakterystyczną cechę, którą chwalić raczej się nie można. Jest nią oczywiście korupcja. I niestety, w ostatnich dniach, zrozumieliśmy jak ogromny zatacza ona krąg. Kiedy w jednym z programów informacyjnych usłyszałem, iż postawiono zarzuty „Piotrowi R” - bo tak o nim mówiono - po prostu nie mogłem w to uwierzyć. Ci wszyscy sędziowie, działacze, do tego chyba zdążyliśmy się już przyzwyczaić, ale ktoś taki…? SZOK. Ten „news”, który ukazał się na początku tygodnia, w moim przekonaniu, spowodował wielki smutek, nie tylko wśród sympatyków Lecha, ale ogólnie pośród ludzi, którzy nie interesują się sportem.

      A zatem jaka jest polska piłka i do czego można ją porównać? Moja wizja jest następująca: polska piłka to wiele gówien rozsianych po całym kraju. Te, w które już wdepnięto, niesamowicie śmierdzą, a ich odór odbija się czkawką i powoduje wymioty. Niestety ciężko oprzeć się wrażeniu, że tych śmierdzących odchodów jest o wiele więcej, tylko póki co są jeszcze zaschnięte i nie „raczą” nas swoją wonią. Śmierdzący „wielki biznes” i tyle, a o duchu sportu tutaj raczej mowy być nie może.

      Co czuje fan Lecha?

      Drodzy kibice z Poznania, chcę Wam powiedzieć, że jest mi Was naprawdę żal. To musi być okropne uczucie, kiedy człowiek, który jest oddany klubowi, jest z tego dumny i z podniesionym czołem o ty mówi, nagle widzi, jak największa ikona, idol wielu młodych chłopaków, prowadzony jest w kajdankach z zasłoniętą twarzą, a zapytany o to co chciałby powiedzieć kibicom, mówi: „a co ja mam im powiedzieć”. Reiss cieszy (a właściwie cieszył) się wielką sympatią nie tylko Poznaniu. Jest to jedna z najlepiej rozpoznawanych postaci w polskich rozgrywkach piłkarskich. Niedawno kupiłem sobie pewna sportową gazetę, w której był wielki plakat FC Barcelony. Na odwrocie znajdowało się zdjęcie całej drużyny Lecha, gdzie na czele stał Reiss, a dopiero za nim reszta. Spróbowałem też pewnej ciekawej rzeczy: otóż otwarłem sobie Worda i zacząłem wpisywać nazwiska poszczególnych polaków grających w poznańskim zespole. Jak wiadomo, jeżeli w tym programie zrobimy jakiś błąd, zostanie on podkreślony. I tak, spora ilość, tych zapewne uczciwych piłkarzy „nie została rozpoznana”, ale nazwisko „Reiss” figurowało w słowniku, co również w pewnym stopniu oddaje jego popularność.

      Piotrka bieda by raczej nie dościgła, gdyż na pewno dobre pieniądze zarabiał. Zresztą niedawno podpisał nowy kontrakt z Lechem, a potem mówił: „tutaj jest mój dom, chcę tu zakończyć karierę i na jej koniec zdobyć Mistrzostwo Polski. To pierwsze, raczej mu się udało, bo wygląda na to, że już wiele po boiskach nie pobiega, ale o drugim może już zapomnieć. Smutne wnioski są takie, że pieniądz może niemal wszystko. Osoba, która przez wiele lat cieszyła się ogromnym szacunkiem, miłością kibiców, kończy przygodę ze sportem idąc z zasłoniętą twarzą w kajdanach. Zarzuty wobec Reissa dotyczą sezonu 2003/04, kiedy to Lech wywalczył Puchar Polski, a w finałowych spotkaniach Piotrek zaliczył dwa trafienia.

      Zachowanie kibiców na Łazienkowskiej podczas meczów naprawdę budzi szacunek. Ale co oni teraz czują? Jeżeli chodzi o kwotę, jaka przeszła przez lepkie ręce „Reksia”, mówi się o 100.000 złotych. Czy ma to jednak jakieś znaczenie, czy było to 100.000, czy też 10 groszy? Ważny jest sam fakt i to, że aktualne jest teraz hasło: mówisz: "kasa, przekręty, machloje, chora żądza pieniądza" – myślisz: "Piotr Reiss".

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Reiss i jego do aresztu rejs”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      polonczyk.barca
      Czas publikacji:
      czwartek, 05 lutego 2009 14:37
  • niedziela, 18 stycznia 2009
    • Barca czaruje i nikt jej nie dorównuje – podsumowanie pierwszej połowy sezonu 2008/2009

      czar

      To, co w obecnym czasie swoją postawą reprezentuje FC Barcelona wprawia w zachwyt nie tylko jej kibiców, ale także sympatyków innych hiszpańskich klubów i zapewne całą piłkarską Europę. O miażdżącej przewadze Blaugrany można by pisać wiele, ale ja postaram się możliwie najkrócej streścić to, co Barca "wyprawia" w ramach rozgrywek o Mistrzostwo Hiszpanii:

      Podopieczni Pepa Guardioli w dziewiętnastu spotkaniach zdobyli aż 59 bramek. Daje to średnią około 3,1 gola na mecz. Do siatki rywali trafiali:

      Nazwisko

      Liczba bramek

      Samuel Eto`o

      18

      Leo Messi

      12

      Henry

      11

      Xavi

      4

      Gudjohnsen

      3

      Seydou Keita

      3

      Dani Alves

      2

      Iniesta

      2

      Rafael Marquez

      1

      Yaya Toure

      1

      Bramki samobójcze

      2

      Ogółem

      59

      Powyższa tabela mówi sama.

      Jeżeli chodzi o liczbę bramek straconych, Duma Katalonii i w tym przypadku pozostawia swoich rywali daleko w tyle. W dziewiętnastu pojedynkach, Victor Valdes zaledwie trzynaście razy musiał wyjmować piłkę z siatki, co daje około 0,7 gola straconego na jedno spotkanie. Do tego należy dodać, iż tylko dwa zespoły (Betis Sewilla i Osasuna) zaaplikowały Blaugranie więcej niż jedno trafienie. (Oba teamy dwukrotnie doprowadziły katalońskiego bramkarza do kapitulacji).

      Złe miłego początki

      W meczu otwierającym sezon, klub z Katalonii mierzył się ze słabiutką Numancią, która jest beniaminkiem i dopiero raczkuje po pierwszoligowych boiskach. Piłkarze Barcy przegrali 0:1, a taki wynik, z takim rywalem sprawił, że już na samym początku kibice poczuli się lekko zaniepokojeni. Druga kolejka, to potyczka z Racingiem Santander i tylko remis.

      Potem było już tylko lepiej

      Na szczęście od trzeciej kolejki "machina się rozkręciła" i piłkarze Azulgrany zaczęli aplikować przeciwnikom nawet po sześć bramek w jednym spotkaniu. Dopiero kilka tygodni później, zwycięską passę Barcelony przerwało Getafe, które wywiozło z Camp Nou jeden cenny punkt. I to by było na tyle jeśli chodzi o małe potknięcia katalońskiego teamu. Resztę pojedynków, piłkarze Guardioli zakończyli zwycięstwem.

      Nie mam zamiaru przypominać wyników wszystkich spotkań, ale jak tu nie wspomnieć o wygranej z Realem Madryt 2:0, Sevillą 3:0, Valencią 4:0, Villarrealem 2:1, Atletico Madryt 6:1, czyli z klubami, które są najgroźniejszymi rywalami FC Barcelony. Blaugrana na dziewiętnaście spotkań wygrała szesnaście, dwa zakończyła podziałem punktów, raz trzeba było znieść gorycz porażki.

       

      Nie ma co zapeszać, popadać w huraoptymizm i już cieszyć się z Mistrzostwa Hiszpanii. Real Madryt rośnie w siłę, wyraźnie się odradza i piłkarze Dumy Katalonii będą musieli jeszcze dużo walczyć, żeby bezpiecznie utrzymywać przewagę nad najgroźniejszym rywalem. Wszystko jest jednak na dobrej drodze i z tego powinniśmy się teraz cieszyć. Hasło na drugą połowę sezonu: "robić swoje i nie oglądać się na innych". Wtedy "hiszpański film piłkarski" na pewno zakończy się po naszej myśli.

      Zacząłem słowami: "Barca czaruje i nikt jej nie dorównuje", a zakończę "La Liga, czyli nikt Barcy nie dościga". Oby tak dalej.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Barca czaruje i nikt jej nie dorównuje – podsumowanie pierwszej połowy sezonu 2008/2009”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      polonczyk.barca
      Czas publikacji:
      niedziela, 18 stycznia 2009 13:04
  • piątek, 09 stycznia 2009
    • Czy młody ptaszek może nauczyć dorosłego orła latać, czyli słów kilka o obecnej sytuacji w polskich skokach narciarskich

      Adaś

      Skoki narciarskie to dyscyplina sportu, która na stałe wpisała się w serca Polaków. Wiele osób w zimowe weekendy zasiada na parę godzin przed telewizorem tylko po to, aby obejrzeć zmagania najlepszych zawodników na świecie. Inni jeżdżą za swoimi ulubieńcami i trzymając w ręku narodową flagę zagrzewają ich do walki. Dlaczego zatem, ten sport jest tak bardzo w Polsce rozpowszechniony? Odpowiedź jest prosta: "Adam Małysz". Bardzo często skoczkowie z innych krajów powtarzają, że nigdzie nie ma tak wspaniałej atmosfery jak w Zakopanem, a wygrać na Wielkiej Krokwi to prawdziwy zaszczyt.

       

      Kilka słów o sukcesach Adama

       

      Nie będę się zbytnio rozpisywał o osiągnięciach Małysza, gdyż nie to jest głównym celem mojego artykułu, ale jest mi to potrzebne dla rozpoczęcia wątku, więc tylko pokrótce o nich przypomnę.

      "Orzeł z Wisły" w przeciągu kilku lat wywalczył m.in.: cztery kryształowe kule za zwycięstwo w generalnej klasyfikacji Pucharu Świata. Jest drugim (obok Matti Nykenena) skoczkiem w historii, który tego czynu dokonał. Trzy z tych kul zdobywał sezon po sezonie, czego Nekenenowi uczynić się nie udało. Małysz 38 razy stał na najwyższym stopniu podium w poszczególnych zawodach Pucharu Świata. Więcej tylko Nykenen. Fin wygrywał 46 razy. W sumie Polak na podium stał 74 razy i wyprzedza go tylko Janne Ahonen (105) oraz Nykenen (76). Adam jest czterokrotnym indywidualnym Mistrzem Świata oraz jednokrotnym wicemistrzem. Kolejne wielkie osiągnięcia, to srebrny i brązowy medal na zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Salt Lake City. Do tego dorzucił triumf w Turnieju Czterech Skoczni. Jako jedyny w historii trzy razy był najlepszym zawodnikiem turnieju Nordyckiego. Zdobył też Puchar KOP, czyli tzw. "mała kryształowa kula", którą otrzymuje skoczek, który w przeciągu całego sezonu zdobędzie najwięcej punktów na skoczniach mamucich Do tego trzy razy triumfował w ogólnej klasyfikacji Letniego Turnieju Grand  Prix. Na polskiej arenie tym bardziej nie ma sobie równych: jest dziewiętnastokrotnym zimowym Mistrzem Polski, natomiast w lecie wygrywał czternaście razy.

       

      Starałem się możliwie najkrócej napisać o osiągnięciach Polaka. Czy to mi się udało, czy też nie, nie wiem sam, ale z drugiej strony lepiej, gdy o sukcesach naszego wielkiego sportowca można by pisać i pisać.

       

      Przejdźmy jednak do sedna:

       

      Kiedy, po wspaniałych osiągnięciach, do których Adaś nas przyzwyczaił zaczęło coś się psuć, zwolniono trenera - Apoloniusza Tajnera.  Było to w 2004 roku. Od tego momentu zaczęto eksperymentować ze szkoleniowcami. Najpierw był Heinz Kuttin, ale ten nie potrafił przypomnieć Małyszowi o tym jaki jest wielki. Następcą Austriaka został Fin – Hannu Lepisto. On, lepiej niż Kuttin, współpracował ze swoim podopiecznym i Polak, pod jego wodzą, zdobył m.in.: złoty medal na MŚ w Sapporo i triumfował w generalnej klasyfikacji PŚ, Ale, gdy Małysz znowu zaczął lądować bliżej, po raz kolejny przyszedł czas na rotację na stanowisku trenera. Został nim "wielki fachowiec" - Łukasz Kruczek. Czy nie jest to sytuacja śmieszna, groteskowa? Moim zdaniem gorszego wyboru już dokonać nie można było. "Sukces-men od siedmiu boleści" jakim niewątpliwie jest Kruczek, ma przy swoim boku innego "wielkiego", bo posadę jego asystenta otrzymał Robert Mateja. Sorry, ale czy nie mamy tutaj do czynienia z jakąś totalną żenadą? Jak widać nasi pseudo szkoleniowcy  nie pomagają Małyszowi. Swoją drogą nie pomaga mu też sam Tajner, który teraz, gdy jest tak bardzo Adamowi potrzebny, przebywa na urlopie w Kambodży i Wietnamie i ma wszystko w…"głębokim poważaniu". A mógłby przecież choćby pogadać z Małyszem, poklepać go po ramieniu i powiedzieć: "zobaczysz chłopie, wszystko się ułoży. Jesteś wielki i jeszcze to udowodnisz, a ludzie i tak Cię kochają". Czy dzięki temu nasz najlepszy skoczek od razu odzyskałby dawną świeżość? Pewnie nie, ale wsparcie człowieka, z którym tak długo „Orzeł z Wisły” współpracował, by mu nie zaszkodziło. Jak widać Polo ma do tego inne podejście.

       

      Ale zostawmy Tajnera i wróćmy do obecnego "trenera wysokich lotów". Łukasz to osoba zaledwie rok starsza od Adama Małysza, osoba która nie większego doświadczenia w swoim fachu. Sukcesów sportowych również było "jak na lekarstwo". Największe jego osiągnięcia, to cztery złote i jeden brązowy medal Uniwersjady, czyli - jak sama nazwa wskazuje - zawodów akademickich. Kiedy w 2001 roku, ów turniej organizowało Zakopane, wybrałem się pod Wielką Krokiew, aby pooglądać zmagania skoczków. Polak wygrywając zawody, oddał dwa skoki w granicach 120 metrów (nie pamiętam dokładnie ile, bo kilka lat minęło, ale na pewno w tych granicach ) i zdobył pierwsze miejsce. Odległości te w Pucharze Świata przekładają się mniej więcej na miejsce w drugiej dziesiątce, a więc wszystko jasne. Oprócz niego w konkursie brali udział zawodnicy, o istnieniu których nie miałem zielonego pojęcia. Natomiast Mateja to pięciokrotny Mistrz Polski, co w porównaniu do Małysza, jest tylko kroplą w morzu.

       

      Nie chcę się tutaj nabijać z Łukasza i Roberta, bo zapewne z sercem podchodzą do tego co robią, ale czy dwójka dzieci, które co dopiero zaczęły "raczkować" mogą nauczyć zdrowego dorosłego faceta chodzić? Albo - jak pisałem w tytule - czy młody ptaszek może nauczyć dorosłego orła latać? Pytanie jest retoryczne, a odpowiedź brzmi oczywiście "NIE". Ja osobiście widzę ich w nieco innej roli. Mogliby np.: czyścić Adamowi narty albo przynosić kartki, gdy ten rozdaje autografy. Kiedy podczas ostatnich zawodów w Innsbrucku, nasz najlepszy skoczek poleciał na odległość 120,5 metra, na twarzy Kruczka widać było wielką ulgę. A Adam zajął wtedy  dopiero 15 pozycję. Mówi się też, iż inni polscy zawodnicy zaczynają robić postępy, bo Kamil Stoch w Innsbrucku  i Biszofschofen awansował do 30-stki. Niedawno oglądałem w telewizji wywiad z obecnym psychologiem polskich skoczków. Kiedy dziennikarz zadał mu pytanie co dalej zamierzają robić, ten powiedział, że to Kruczek podejmuje najważniejsze decyzje i od niego tu najwięcej zależy… PARANOJA, PARANOJA i jeszcze raz PARANOJA!!!

       

      Jeżeli Adaś wróci do formy, to w moim przekonaniu, nie będzie to zasługa Łukasza, tylko jego samego. Pamiętam jak po Mistrzostwach Świata w Val di Fiemme, gdzie Małysz zdobył dwa złote medale, w następnych konkursach na trybunach można było dojrzeć wielkie polskie flagi z napisem: "KING IS BACK". Czy taką flagę jeszcze kiedyś zobaczymy? Osobiście w to wierzę, bo wiem ile Adam może zdziałać, ale w Kruczka i Mateję jakoś uwierzyć nie potrafię…

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Czy młody ptaszek może nauczyć dorosłego orła latać, czyli słów kilka o obecnej sytuacji w polskich skokach narciarskich”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      polonczyk.barca
      Czas publikacji:
      piątek, 09 stycznia 2009 14:35